Nikt się, póki co, nie zgłasza. To ja opowiem pewną historię pod tytułem "Duże dziecko głęboko upośledzone umysłowo w szpitalu".
Rzecz dzieje się w dużym klinicznym szpitalu dziecięcym na oddziale neurologicznym. Mój syn trafia tam, gdyż pojawiły się u niego hiperwentylacje prowadzące do drżeń, osunięć, a nawet do chwilowych utrat przytomności. Chłopiec jest duży i silny.
Dostajemy, chwała Bogu, pustą salę, choć niestety z jednym łóżkiem. Pierwszym pytaniem Pani doktor jest pytanie o to, czy zostanę z dzieckiem na noc i w ogóle, bo w szpitalu nie będzie miał go kto pilnować. Odpowiadam oczywiście, że tak (nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej), bo udało mi się tak zorganizować życie, że mogę zostać. Pracuję tylko na pół etatu w szkole i z dużym zaangażowaniem i wysiłkiem pomagają moi rodzice, którzy pod nieobecność moją i męża mogą się zająć naszym drugim dzieckiem i zastąpić mnie przy Szymku w szpitalu, gdy idę na zajęcia do szkoły.
W związku z tym, że szpital nie może zapewnić mojemu dziecku opieki, pytam, czy mogę dostać łóżko. Mogę, za 25zł za dobę. Rezygnuję i sypiam albo na podłodze, albo kątem na łóżku z Szymkiem, czego oficjalnie nie wolno robić, ale na co teraz już się przymyka oko w szpitalu.
Mam kłopot z chodzeniem na posiłki, bo nie ma komu zostać z Szymkiem. Mam kłopot z chodzeniem do toalety, bo nie ma komu zostać z Szymkiem, a nie wolno korzystać z toalety na oddziale(!). Mam kłopot z rozmawianiem z lekarzem prowadzącym lub z ordynatorem, bo akurat jest sezon urlopowy, mało kto do nas zagląda, a sama do gabinetu nie mogę iść, bo nie ma kto zostać z Szymkiem.
Mało kto do nas zagląda, choć są momenty, że nie mogę sobie fizycznie poradzić z Szymkiem, który nie chce być w szpitalu. Szarpię się więc co i rusz.
Zrobiono nam na cito EEG, ale wynik był do odczytania po 5 dniach (!).
Wypisano nas po dwóch tygodniach. Stan Szymka był gorszy niż przy przyjęciu, bo coś się działo, a nikt nie wiedział, co. W drodze z oddziału do wyjścia osunął mi się trzy razy. Nikt nie zapytał, czy nie potrzeba nam czegoś (na przykład wózka), pomagali mi zwykli obcy ludzie. Wypisano nas na tych samych lekach, które podawano mu w szpitalu i które nic nie pomogły.
Dostaliśmy jednak skierowanie na rezonans, więc trzeba to było traktować, jako leczenie niezakończone.
Po 3 tygodniach stawiliśmy się w tym samym szpitalu na rezonans, dzień przed badaniem. Moim zadaniem było pójście do anestezjologów na oddziale intensywnej terapii i podpisanie zgody. Nie miałam jak tego zrobić, bo nie miał się kto zająć Szymkiem. Zapytałam, czy mogę pójść w nocy, jak Szymek będzie spał i uzyskałam odpowiedź, że tak.
Szymek usnął późno, więc poszłam rano o 6. Okazało się, że anestezjolodzy są strasznie zmęczeni po nocnym dyżurze. Pani doktor całą złość wytarła na mnie, a potem napisała Pani doktor z neurologicznego komentarz, że nie życzy sobie być niepokojona w sprawach planowych zabiegów o tak późnej porze.
Następnego dnia Szymek był bardzo nieszczęśliwy, bo musiał być na czczo. Szarpał mnie, popychał meble, chciał uciekać. Nie dawałam sobie rady. Szpital nie ma pomysłu, jak w takich wypadkach pomóc. Przyszła siostra go ze mną potrzymać. Ledwo oderwaliśmy go od moich włosów.
Tego samego dnia, po rezonansie prosiłam ordynatora, żeby nas wypisał do domu, bo już jest po badaniu, dziecko jest w dobrej formie, a pobyt w szpitalu z takim dzieckiem jest męczarnią i dla dziecka i dla mnie. Odmówił (decydują względy formalno finansowe - nie ukrywał). Wypisaliśmy się więc na życzenie.
Żeby otrzymać zwolnienie lekarskie, musiałam pójść do gabinetu lekarskiego z Szymonem, bo w szpitalu nie miał się nim kto zająć. Szymon osuwał się i szarpał, ale jakoś daliśmy radę.
Wiele z tego, co tu napisałam, nie jest winą tego akurat szpitala. System nie przewiduje takich dzieci po prostu. Jest to tym tragiczniejsze, że oddział neurologiczny jest najbardziej właściwym oddziałem dla takich dzieci i powinien być przygotowany do ich przyjmowania i do opieki nad nimi. W wielu przypadkach matka nie może przecież zostać i wtedy dopiero zaczyna się dziać.
Następnym razem opowiem, jak było w szpitalu psychiatrycznym, czyli w następnym miejscu, gdzie dziecko z takimi zaburzeniami może trafić właśnie ze względu na te zaburzenia.
Ostatnio edytowany przez atalap (2010-03-23 12:13:27)